Poznaj autorkę

Hej, hej!

Mam na imię Martyna i już od kilku ładnych lat prowadzę tego bloga. Początkowo była to strona poświęcona wyłącznie biżuterii, którą lepiłam z modeliny, jednak z biegiem czasu jego tematyka znacznie się rozbudowała. Jeżeli macie ochotę poczytać o fotografii, podróżach, rękodziele i różnych innych głupotach zajmujących młodą kobietę - zapraszam. Zero melancholii i pesymizmu! :D

  • Czytaj dalej...
  • Chcesz coś znaleźć??

    Zasubskrybuj!

    wtorek, 11 grudnia 2012

    Powiew

    Ciasteczka Tynki | 16:13 |

    Ten fragment powstawał dosyć długo i  jest zlepkiem kilku opisów zebranych podczas podróży metrem na uczelnię. Możemy powitać nowego bohatera, który jeszcze na tym etapie jest odzwierciedleniem mojego przyjaciela (a raczej mojej wizji na jego temat). Starałam  się pokazać walkę pomiędzy naszymi podobnymi i jednocześnie skrajnie różnymi charakterami. Opis bohaterki jest tutaj podobno bardzo "martynkowy" :P



    Jedną dłonią przytrzymywałam chcący uciec z wiatrem kapelusz, drugą kurczowo trzymałam krawędź sukienki, która robiła wszystko by wyrwać się z mojego uścisku. Białe koronki otaczały mnie jak wzburzone morskie fale. Taki strój musieli wymyślić mężczyźni by zaspokoić swoje marzenia. Na pewno żadna kobieta nie ubierała się tak dobrowolnie lub bezinteresownie. Był całkowicie niepraktyczny. Chwila nieuwagi i wstyd gwarantowany. Zeszłam ostrożnie po trapie na idealnie białe lądowisko. Wszystko począwszy od pasa startowego, przez terminal i wszystkie urządzenia, wyglądało na niemal sterylne, pucowane i dopieszczane codziennie od nowości. To nie były standardy do których przywykłam. Moja koszarowa rzeczywistość wyglądała bardziej buro, ponuro i niedbale. I to nie dlatego, że brakowało czasu, personelu lub chęci. Te działania wydawały mi się po prostu bezsensowne. Jak w każdym wojsku, którego historia ma już kilkanaście wieków i tak wszystko w końcu się brudzi i niszczeje. Westchnęłam ciężko i sięgnęłam po niewielką acz ciężką torbę, która właśnie wyskoczyła z luku bagażowego. wystukiwała rytmiczne dźwięki o wyrwy w posadzce. Nie podobał mi się ten otaczający mnie pedantyzm, onieśmielał mnie. Nawet odgłos kółek był perfekcyjny. Idąc mijałam kolejne cielska potężnych transportowych wahadłowców. Wszystkie lśniły w słońcu a ja pragnęłam wrócić do tych szarych i wysłużonych maszyn, które podbijały właśnie kolejny glob. Doszłam do okienka za którym siedział młody chłopak o niebieskawej cerze i granatowych włosach. Na nosie niechlujnie spoczywały mu okulary. Przyczepił na twarz wyuczony urzędowy uśmiech i radosnym głosem przywitał mnie na planecie, na której przyjdzie mi spędzić kilka kolejnych tygodni a może nawet miesięcy.
    - witamy na Milgramie!
    Podałam mu moje dokumenty z kiwnięciem głowy. Zeskanował moją kartę identyfikacyjną i odczytał pismo od Generała po czym wyciągnął białą plakietkę i mi ją wręczył. Napis na niej widniejący brzmiał "kolonizatorka" w dialekcie obowiązującym od jakiegoś czasu wśród kolonizatorów. W ostatnich kilku latach pojawiło się wiele różnych ras, których płeć nie mogła być rozpoznana na pierwszy rzut oka, dlatego rzeczowniki i czasowniki od razu na wszelki wypadek przyjmowały końcówki żeńskie lub męskie. Przynajmniej w pismach urzędowych, gdzie wszystko musiało być zrozumiałe i jasne od razu.
    - co to ma znaczyć? Przecież w dokumencie wyraźnie podano, że przyjechałam tu w innych celach.
    - przykro mi, ale tylko takie identyfikatory mamy w formie żeńskiej
    Przerzuciłam głowę ponad kontuarem i zajrzałam do przegródek w których trzymano przypinki.
    - a jakie inne formy mógłby mi Pan zaproponować- spytałam się przechylając głowę. Młody urzędnik wyglądał na urażonego moją postawą i fukną pod nosem.
    - nie mamy odpowiednich dla Pani. Kobiety przylatują na planety tylko w jednym celu. Chyba nie muszę tłumaczyć tego żołnierzowi?
    - a ma Pan marker? - uparcie drążyłam temat. Postanowiłam skończyć tą sprawę jak zawsze, czyli po swojemu. Chłopaczek wzruszył ramionami i podał mi pisak. Szybko wyciągnęłam rękę po upatrzoną plakietkę i odpowiednio ją zmodyfikowałam.

    ---

    Białym bulwarem wybudowanym kilka lat temu przez samotne kobiety czekające na swoich mężów, szła dziarskim krokiem sympatyczna blondynka. Ubrana w białą koronkową sukienkę powiewającą delikatnie na wietrze. Rękoma trzymała słomkowy kapelusz a za nią sunęła podróżna walizka na antygrawitacyjnych krążkach. W jej ruchach było coś wesołego, delikatnie podskakiwała przy każdym kolejnym kroku promieniując wrodzoną radością życia. Swoimi ruchami zdawała się mówić "trzymajcie się ode mnie z daleka, jestem Panią tego Świata" jednocześnie budziła naturalną sympatię. Na piersi miała plakietkę, czyli musiała przybyć niedawno. Nikt już nie bawi się w ich noszenie, bo wszyscy wiedzą jakimi zadaniami kto tu się zajmuje. Przyjrzałem się. Do wytłoczonego napisu KURACJUSZ ktoś dopisał na końcu KA. Kuracjuszka? Albo była to pomyłka, albo dziewczyna chce mieć problemy. Nie wyglądała na taką, która z chęcią by się w nie pchała. Naturalny instynkt ciągnął mnie ku niej aby oszczędzić jej wynikające z tego nieprzyjemności. Niestety nieśmiałość jak zwykle zwyciężyła.
    Gałęzie drzewa nieprzyjemnie wpijały się mi w plecy, sugerując intensywnie zejście i zbliżenie się do tajemniczej kuracjuszki. Złośliwość rzeczy martwych. Nie. Nie zrobię tego. Nic nie przeszkadzało jednak biernemu obserwowaniu. Robię to codziennie. Każdego dnia widzę interesujących ludzi. Pełen przekrój klas społecznych, ras i osobowości. Wielu widuję codziennie, mijają beznamiętnie moje drzewo czasem łypiąc na mnie pogardliwie. Jakbym chciał wyssać ich dusze. Trochę rzeczywiście chciałem. Poznać ich wnętrza, pożywić się nimi, zrozumieć każdego z osobna i czerpać z nich to co najlepsze. Rozszyfrować ich wszystkich tylko na podstawie ich rutynowych zachowań. Z niektórymi czasem rozmawiałem. Czasem. Ludzie bali się mnie a na całej planecie rozeszła się plotka o dziwaku wiszącym na drzewie przy głównej alei. Nie byłem dziwny. To świat nie chciał zaakceptować mojej odmienności.
    Próbowałem obrócić się trochę, aby zmienić niewygodną pozycję a ten ruch przyciągnął czujne spojrzenie podróżniczki. Zamarła i zmierzyła mnie czujnym wzrokiem. Czułem się jakby chciała rozebrać mnie na kawałki tylko samym spojrzeniem. Nadal stała kilka metrów ode mnie. Wszystkie widoczne mięśnie były napięte i delikatnie drżały. W ciągu sekundy znalazła się pod moim pniem. Wstrzymałem oddech i byłem gotów do ucieczki na wyższe konary. Dziewczyna sprawnie chwyciła się pnia i zaczęła się wspinać. Szło jej zbyt dobrze i zacząłem wierzyć w fakt, że nie jest zwykłą kolonizatorką. Człowiek nie rodzi się z taką sprawnością, ją trzeba wyćwiczyć. Nie wątpiłbym gdyby było to zasługą morderczego wojskowego szkolenia. Była coraz bliżej, ale ja na własną sprawność narzekać nie mogłem. Moje własne samo szkolące treningi zapewniały nam równy poziom.
    Wspinałem się wyżej a ona cały czas parła naprzód. Po kilkunastu metrach, gdy ludzie wyglądali jak myszki drepczące po białych labiryntach, musiałem się zatrzymać. Gałęzie nade mną były zbyt cienkie by utrzymać mój ciężar. Jeśli doszłoby do konfrontacji runęlibyśmy w dół. Chwyciłem się gałęzi i czekałem. Tajemnicza dziewczyna, która teraz wyglądała jak rozwścieczone zwierzątko minęła mnie drugą stroną korony drzewa i dopadła do mnie. Wystraszyłem się tak agresywnej i nagłej reakcji. Przywykłem do obrywania kamieniami, ale nikt nie zdecydował się na tak bliski kontakt. Jej włosy wirowały na wietrze a walizka obita przez mijane po drodze gałęzie, ponuro kołysała się kilka metrów za nią. Podarta koronka pływała w okół niej nadając jej dramatyczny, ale nadal kobiecy wygląd. Przez wielkie rozdarcie na talii świeciła długa różowa blizna. Musiała zaczynać się wyżej i ciągnąć jeszcze dalej, niewątpliwie szpecąc jej białą skórę. Pomimo tej niedoskonałości, oraz kilku szram na twarzy, które zauważyłem dopiero teraz, nadal wyglądała zabójczo niewinnie. Gdybyśmy nie siedzieli teraz wysoko nad ziemią na wielkim drzewie, i nie dyszeli zmęczeni gonitwą, a ja nie miałbym właśnie miażdżonej krtani przez długie palce dziewczyny w bieli, uznałbym ją za niewinną zagubioną istotkę.
    Zbliżyła twarz do mojego ucha. Intymna bliskość wywołała we mnie niepokojącą falę strachu.
    - kto Cię przysłał???- syknęła z nienawiścią
    Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Chciałem żeby tak myślała, chociaż mogłem wyglądać na wystraszonego. Cholernie przerażonego. Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Kto mnie przysłał? O co chodzi?
    - przyleciałem tu drugim transportem. Sam!
    - kto!?
    - nikt mnie nie przysłał, sam tu przyleciałem! Nie mam rodziny!
    Wzrok powoli jej łagodniał, ale na chwilę ścisnęła mi mocniej gardło.
    - nie wierzę Ci
    - no jak nie? Tu prawie nikt nie ma rodziny. Pewnie Ty też. Czemu zadajesz mi takie idiotyczne pytania? Byłaś zahibernowana?
    Przekrzywiła głowę i trzymając szyję jedną ręką zaczęła jeździć drugą dłonią po moim ciele. Na początku tak pomyślałem, potem zrozumiałem, że bada moje kieszenie. Dzisiaj nawet niczego ze sobą nie brałem, ale ona o tym nie wiedziała. I nie uwierzyłaby w moje słowa. Postanowiłem się nie sprzeciwiać dając jej satysfakcję. Poza tym gdy w pewnym momencie otarła się o mnie udem wyczułem pas z przypiętym nożem i chyba czymś jeszcze. Lepiej z nią nie zaczynać. Przynajmniej na razie. Gdy skończyła oględziny ostentacyjnie odepchnęła mnie od siebie. Spojrzała się podejrzliwie.
    - zapomnij - powiedziała zadziwiająco delikatnym głosem i zaczęła zsuwać się po pniu w dół a walizka nędznie podążyła za nią tłukąc się niemiłosiernie.
    Spojrzała do góry i krzyknęła na odchodnym - uważaj będę Cię mieć na oku!
    Roześmiałem się pocierając obolałe gardło. Nie panienko. To ja będę Cię mieć na oku. Nie przepuszczę okazji na taką rozrywkę. I choć nie miałem początkowo ochoty jej śledzić, sama podsunęła mi powód ku temu.

    ---

    Zeskoczyłam na marmurową posadzkę i poczekałam chwilę aż walizka opadnie powoli obok mnie. Otrzepałam sukienkę, która nędznie zwisała a koronkowe wykończenia marnie udawały zarys poprzedniego ubioru. Spojrzałam na swój prawy bok. Wielkie rozdarcie odsłaniało delikatną zaróżowioną skórę. Linia wyglądała jakby nie miała początku ani końca. Tak samo jak historia, której dziełem była. Podniosłam kapelusz, który niewinnie leżał pod drzewem, zasłoniłam nim bok i spojrzałam się po raz ostatni do góry. Chudy chłopaczek nadal bezwstydnie obserwował mnie z wysokości. Miał nieprzenikniony wyraz twarzy, ale zawzięcie się mi przyglądał. Wiedziałam, że będę miała z nim problemy. Z drugiej strony czułam, że już kiedyś mogliśmy się spotkać. Nie potrafiłam wyjaśnić sobie tego uczucia. Czy było to w poprzednim życiu, czy coś sobie ubzdurałam. A może po prostu wyglądał jak jeden z miliona żołnierzy, których w życiu spotkałam? Postanowiłam porzucić myśli o nim i martwić się tym później. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi suszył głowy za badanie materiału genetycznego jakiegoś nienormalnego cywila. Napiszę w raporcie, że wyglądał podejrzanie, co absolutnie nie mijało się z prawdą.
    Szłam dalej wyglądając na tle kuracjuszy jak ofiara wojny. Zmęczona długa podrożą i bezsensownym pościgiem. Napytam tu sobie biedy. Moja misja jeszcze się porządnie nie zaczęła a już szukam sobie wrogów.
    Dotarłam do olbrzymiego, kremowego budynku. Jego okna mieniły się wszystkimi kolorami tęczy w zależności od kąta padania światła. Wszystkie budowle na tym pasażu wyglądały identycznie i z łatwością bym się tu zgubiła gdyby nie sensowne oznaczenia. Nieludzką rzeczą jest tworzenie rzeczy tak do siebie podobnych, bez żadnej nuty szaleństwa. Gdyby nie fakt, że sama błagałam o przyjęcie mnie do wojska, na pewno w tym momencie byłabym architektem na jednej z najmodniejszych planet. Poklepałam się po policzku. Zaczynałam gadać głupoty. Nie dla mnie tak przyjemne zajęcia. Drzwi rozsunęły się przede mną. Zakwaterowałam się w hotelu. Na najwyższym piętrze. Liczyłam na genialne widoki. Warto naciągnąć wojsko na jak największe wydatki. Niech czują mój bunt nawet w tak błahy sposób jak wydatki na hotel dla kuracjuszki. Wjeżdżając windą na 50 piętro nadal nie mogłam uwierzyć, że nie ma mnie w tej chwili na polu bitwy. Pytające spojrzenia kierowane ku mnie przez mijających mnie plażowo ubranych ludzi przypominało mi, że wyglądam jakbym właśnie ujeżdżała gigantycznego zmutowanego niedźwiedzia.
    Pchnęłam drzwi przyciskając dłoń do czytnika. Pomieszczenie wyglądało idealnie. Oczywiście jak na tutejsze standardy. Całe było w kolorze szpitalnej bieli, ale na pewno moje obecność w nim naprawi to niepokojące uczucie, które we mnie wywoływało. Do jednej ze ścian przytulała się nieśmiało półka zapełniona książkami. Znalazłam też komputer, niezbędny do życia. W kącie stała też lodówka pełna napojów w kilkudziesięciu smakach a w drugim, mniejszym pokoju radośnie przywitało mnie łóżko kuszące białą, miękką pościelą.
    Dezaktywowałam walizkę, która z głuchym pacnięciem opadła na marmurową posadzkę. Pochwyciłam książeczkę leżącą na niskim stoliku. Jeśli tam była to albo była wcześniej przez kogoś czytana a to już mnie zachęciło, albo po prostu ktoś chciał, żebym ją znalazła. Postanowiłam nie wysnuwać zbyt daleko posuniętych teorii spiskowych, nauczona wcześniejszym wydarzeniem. Rzuciłam się w objęcia puszystej kołdry i spojrzałam na kolorową okładkę, która ilością barw walczyła o moją uwagę. Wielki napis na środku raził mnie bez skrupułów po oczach.
    „Milgram”. Miejsce mojego obecnego bytowania. Mniejsze literki zapraszały do zapoznania się z wersją na foliogramie, ale nie po to szefostwo płaciło tyle za pokój bibliofila, żebym nie wykorzystała tej tak archaicznej wersji. Szybko przekartkowałam wolumin którego kartki wytworzyły delikatny powiew. Zaciągnęłam się zapachem farby drukarskiej i śliskich stronic.

    Spojrzałam na pierwszą stronę.
    "Stanley Milgram zadał sobie pytanie o przyczyny ślepego posłuszeństwa wobec zbrodniczych rozkazów, które doprowadziły zwyczajnych z pozoru ludzi do ludobójstwa. Przypuszczał, że niektóre narody muszą być szczególnie skłonne do podporządkowania się przełożonym. celu sprawdzenia tej hipotezy wymyślił eksperyment, który miał na celu zbadanie skłonności ludzi do ulegania autorytetom.”
    Zamknęłam książkę i obejrzałam okładkę z obydwu stron. Czy to oby na pewno jest broszura zachęcająca do pobytu na tej planecie? Jak na razie wstęp nie zachęcił mnie w żadnym stopniu.
    Planety nazywano chronologicznie, według ich położenia w konkretnych kwartałach. Były to ciągi liter i cyfr a żeby ułatwić turystom i kolonizatorom mówienie o nich, nadawano dodatkowe, zwyczajowe określenia. Owszem. W pewnym momencie pomysły mogły się wyczerpać, zwłaszcza, że w początkowych etapach kolonizacji trudno było określić z czego dana planetka zasłynie. Ale nazywanie ośrodka wypoczynkowego nazwiskiem człowieka, który wsławił się badaniami nad tak dramatycznym tematem uznałam za niesmaczne i w gruncie rzeczy podejrzane. Mogłabym pomyśleć, że to przypadek. Chaotyczne ułożenie liter. Ale sami chwalą się w tym broszule! Jedyną rzeczą ewentualnie ich rozgrzeszającą było to, że wszyscy kuracjusze to byli lub obecni żołnierze lubujący się w tego typu tematyce.
    Przejrzałam kilka kolejnych stron. Zdjęcia poszczególnych miast i wiosek oraz ich atrakcji. Fotograf wykonał kawał dobrej roboty, ale na pewno będę miała okazję przekonać się o tym na własne oczy. Musiałam sporządzić plan działania. Generał Yuko przekazał mi swoje podejrzenia, ale nie miał żadnych konkretnych informacji. Te które posiadał nie były poparte żadnymi dowodami. Ich znalezienie należało do moich „wypoczynkowych” obowiązków.
    Wyrzuciłam książkę przed siebie i rozpostarłam ręce. Na razie odpocznę. Pierwszy dzień już porządnie mnie wymęczył a przede mną jeszcze długie tygodnie. Zdjęłam podartą sukienkę i przejechałam palcami po bliźnie. Rana zagoiła się zadziwiająco szybko i chociaż szpeciła mój bok nie zgodziłam się na jej chirurgiczne usunięcie. Chciano mnie do tego zmusić, argumentując to spadkiem mojej mobilności przez napięcie skóry w tym miejscu, ale na specjalnych testach udowodniłam, że nie wiedzą o czym mówią. Różowa linia na powierzchni ciała przypominała o tej znacznie głębszej szramie wewnątrz. Zagojona, niewidoczna, a nadal mająca wpływ na moje życie.

    19 komentarzy:

    1. Niestety nie lubię opowiadań :<<
      + dłuuuugie :>


      only-colorful.blogspot.com

      OdpowiedzUsuń
    2. Baardzo fajne i wciągające!

      Ps. Dotarł do Ciebie email z wywiadem? :)

      OdpowiedzUsuń
    3. nie wiedziałam, że tak ładnie piszesz :)

      OdpowiedzUsuń
    4. Hej świetny blog.

      Jeśli lubisz pisać lub dostawać listy czy pocztówki koniecznie wstąp do mnie i dowiedz się więcej http://is-charlie.blogspot.com ZAPRASZAM :D

      OdpowiedzUsuń
    5. Uwielbiam twoje opowiadanie czekam już na kolejny rozdział i twój blog, uważam że jest jednym z tych ciekawszych. :) Tynka tak trzymaj! Pozdro! :*

      OdpowiedzUsuń
    6. Świetne ! ♥ Czekam na kolejne rozdziały !!!
      P.S. Genialny koniec tego rozdziału . ;D

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. o bliźnie? :D
        dalej będzie opis jak powstała ^^

        Usuń
    7. dłużące się, nudne i bardzo sztampowe, szczególnie opis bohaterki jako Twoje alter-ego, to jest za proste i wymaga bardzo mało wysiłku. poza tym mocno grafomańskie, mnóstwo niepotrzebnych modulantów. mi się nie podoba, ale wiesz co? jesteś na fali popularności w społeczności internetowej i doskonałym pomysłem byłoby skończenie tego, przepchnięcie do wydania i puszczenie w obieg - "książka Tynki" zrobi furorę, przez Twoją osobę, a nie jej treść. kuj żelazo, póki gorące - pisarką nie będziesz, ale trochę kasy wpadnie.

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. neee?
        że ja to robię dla kasy?
        muahahahahahhahahahahahahhaha


        zgadzam się, sztampowe, nudne, ale jeśli uważasz, że walka z własną osobowością, przeszłością i demonami jest łatwa, to po prostu musisz być płytką osobą :3

        piszę to przede wszystkim dla siebie i moich przyjaciół, a nie po publiczkę. Nie silę się na oryginalność, bo nie o to chodzi. na blogu nie ukaże się nawet całość, bo fragmenty są zbyt kontrowersyjne

        no i tyle, nawet nie chce mi się za bardzo myśleć nad kontrargumentami, bo podejrzewam, że nawet tego nie przeczytałaś całości, bo wiedziałabyś wtedy o co chodzi :))

        Usuń
    8. poza tym jest mnóstwo błędów logicznych - walizka stuka elegancko kółkami, a za chwilę okazuje się, że to jednak 'antygrawitacyjna' walizka fruwająca w powietrzu, skąd dźwięk kół? dużo tego jest w treści. nie chcę Cię 'jechać',po prostu mówię, jak jest, a zajmuję się tematyką nie od dziś :) ale pomysł z wydaniem,póki jesteś rozpoznawalna, jest super, tylko niech to ktoś przeredaguje.

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. i znów. Nie przeczytałaś całości ;)

        traktuję to jako PAMIĘTNIK, spisuję na kolanie, nie redaguję, bo nie to jest moim celem

        na prawdę, mało obchodzi mnie komentarz co do stylu, błędów i tak dalej, bo jestem ich świadoma. Co więcej, nawet tego nie sprawdzam, historia ma plynąć i nie będę jej mielić tysiąc razy tylko po to, żeby wszystko wychwytywać. Ale wydawanie? To już mi uwłacza

        ja zajmuję się 'tematyką' od 2 miesięcy i uważam, że mam prawo popełniać błędy i nadal będę to robić :)

        Usuń
      2. Ps. Proszę nie mówić, że jestem rozpoznawalna, albo że mój blog jest popularny, bo mnie to rozsierdza xD

        Usuń
      3. ale w społeczeństwie internetowym jak najbardziej jesteś ;) co tu ukrywać, "modelinowy blog?" - "tynka!".

        nie powiedziałam, że walka z własnymi słabościami i rozprawianie się z demonami jest nudne, więc mi tego nie implikuj :)
        powiedziałam, że Twój tekst mnie znużył i ciężko się go czyta, a nie że sama idea jest beznadziejna.
        i to była raczej dobra rada bardziej doświadczonej w tematyce koleżanki ;) niż próba uwłaczania Ci, a skoro masz dryg w tę stronę, to polecam jednak redagowanie i czytania niektórych zdań na głos, błędy da się wyłapać, a w ten sposób się po prostu uczysz.

        Usuń
      4. doceniam, ale ni lubię, jeśli wypowiedź jest sprzeczna z tym co już mówiłam. To trochę pobieżność ;)


        nie, nie będę tego robić
        nie wiążę z tym niczego poważniejszego a pamiętnika z zasady nie czytam po kilka razy. Traktuję to jako strumień myśli, by za parę lat do nich powrócić ;)

        Usuń
      5. no to ok, wszystko jasne :D myślałam po prostu, że wiążesz z tym większe plany, ale jeżeli to taki pamiętnik dla zabawy, to ok. nie mniej jednak zawsze fajnie mieć poczucie, że twórczość można w jakiś sposób przekazać dalej, tak jak przekazujesz np. biżuterię :) ale to Twoja decyzja, rzecz jasna. Fabuła opowiadania mi się za to podoba ;)

        Usuń
    9. No umarłam :D Padłam i podnieść się nie mogę!!! Tynka, ty geniuszu ogromniasty! Ten fragment jest idealny ♥

      P.S. A tak od czapy - gdzie kupujesz te torby do malowania???? Od kilku miesięcy na nie poluję :) Może na allegro? A jeśli tak to pod jakim hasłem?

      Buziole

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. na allegro, ale ja sama mam zawsze problem żeby je znaleźć ;(
        jakieś ekologiczne torby, lniane, coś takiego :)

        Usuń

    Dziękuję za wszystkie komentarze. Jesteście najlepsi! :D

    komentarze są moderowane, abym mogła odpowiedzieć na zadawane przez was pytania, nawet do postów publikowanych wieki temu :))
    Proszę nie denerwujcie się jeśli potrwa to trochę dłużej, czasami potraficie mnie zarzucić pokaźną porcją informacji!